Karierę zrobił śpiewająco, ale nie na scenie

Udało mu się uciec wpław z Alcatraz i nie zamarznąć na Grenlandii. W stroju Supermena widziano go Warszawie. W stolicy dał też koncert na bocznicy kolejowej. Dla jednych – „ojciec chrzestny”, dla innych – guru rynków kapitałowych. Czym jeszcze zaskoczy konkurencję człowiek, który mógł zrobić karierę we Fiacie, ale … spóźnił się na spotkanie z zarządem? Za chwilę wprowadzi na rynek dużego gracza z Wysp, a potem sprzeda biurowiec na internetowej aukcji.

Gościem „Nieruchomości z górnej półki” jest Tomasz Trzósło, dyrektor zarządzający firmą JLL w Polsce.

Grażyna Błaszczak, „Nieruchomości z górnej półki”: Dwadzieścia lat temu zostawił Pan Kraków dla Warszawy. Dlaczego?

Tomasz Trzósło, dyrektor zarządzający firmą JLL w Polsce: Nie planowałem wyjazdu z Krakowa. Tak wyszło. Byłem na czwartym roku studiów, rozglądałem się za pracą. Krakowski rynek nie oferował wtedy zbyt wiele absolwentom wyższych uczelni. Młodzi ludzie mieli ogromne trudności ze znalezieniem ciekawej posady. Dlatego wcześniej zacząłem poszukiwać pracy.

Studiowałem rachunkowość zarządczą, więc mogłem być księgowym. I trafiłem na ogłoszenie firmy Fiat Lubrificanti, która mieściła się w Pałacu pod Baranami. Stwierdziłem: fajne miejsce, dlaczego mam nie zostać tam analitykiem finansowym. Wysłałem CV. Dostałem zaproszenie na czterogodzinne spotkanie. Gdy dotarłem na miejsce, spotkanie wyglądało jak matura. W wynajętej sali siedziało prawie 400 osób.

Które aplikowały na jedno stanowisko?

Tak, na jedno stanowisko. Te blisko 400 osób – już po wstępnej selekcji CV – przez cztery godziny rozwiązywało testy psychologiczne i logiczne, bo chciało zostać analitykiem we Fiacie. Ten etap przeszedłem – podobnie kolejny, który był weryfikacją umiejętności technicznych  – i zostałem zaproszony na ostateczną rozmowę wraz z pięcioma osobami.

Nie udało się jednak we Fiacie…

Tego właśnie nie wiem do dziś, czy spośród tych pięciu osób to ja zostałbym wybrany. Przekreśliłem swoje szanse na karierę we Fiacie, bo spóźniłem się 10 minut na wyznaczone spotkanie.

Jak zatem trafił Pan do JLL?

Szefowa firmy rekrutacyjnej, która prowadziła testy dla Fiata, zadzwoniła do mnie krótko po tamtym spotkaniu i powiedziała, że mój profil pasuje do wymagań innego pracodawcy i że zaprasza mnie na spotkanie z Jones Lang  Wootton. To poprzednik JLL, który działał wtedy w Polsce od trzech lat i szukał ludzi.

Było nas pięcioro, potem troje. Po ostatniej rozmowie już w Warszawie to ja zostałem wybrany. Rekrutowali mnie panowie Jerzy Mula i Michael Roskelly – do tworzonego działu Corporate Finance. Z ramienia zarządu, wówczas prawie 30-osobowego Jones Lang Wootton, moją kandydaturę ostatecznie zatwierdzała pani Karolina Kaim, która dziś szefuje firmie Tacit, mającej w portfelu Cosmopolitan.

I dla Jones Lang  Wootton porzucił Pan Kraków. Podobno z jedną walizką przyjechał Pan pociągiem.

Tak, dosłownie z jedną torbą. To był mój studencki dobytek. Pożyczyłem wtedy od taty pieniądze na trzymiesięczny depozyt, którego wymagał właściciel mieszkania, jakie wynająłem.

Jakie ono było?

Pierwsze, które wynajmowałem w Warszawie, mieściło się na Placu Unii Lubelskiej. Tam jest taki wysoki budynek, w którym dziś na dole znajduje się lodziarnia Grycana. Mieszkałem na 13. piętrze, na 23 metrach. Zmieściła się tam, oprócz łazienki, mikrokuchnia, a nawet salon z sypialnią. Więcej wtedy nie potrzebowałem.

Tam mieszkałem kilka miesięcy. Po jakimś czasie z kolegą i dwoma koleżankami wynajęliśmy pięciopokojowe lokum na Ursynowie. Mieliśmy wspólną „świetlicę” i własne sypialnie. Wspominam bardzo miło i to pierwsze maleńkie mieszkanie, i to wspólne.

Po pięciu latach pracy uznałem, że już nie jestem na walizkach, czułem się pewnie zawodowo, więc znalazłem mieszkanie dla siebie i bank, który sfinansował jego zakup.

Pierwsza pensja…

Nie była wysoka. Absolwenci nie mogli wtedy liczyć na dobre zarobki. Właściwie długo jeszcze prowadziłem studenckie życie, gdzie trzeba było liczyć każdy grosz.

Co Pan robił dla Jones Lang Wootton na początku kariery?

Zostałem przyjęty do spółki, która miała za zadanie wspomagać fundusz inwestycyjny założony w latach 90. XX wieku przez Jones Lang Wootton, Lehman Brothers i Bouygues Construction.

Przez pierwsze 2-3 lata pracy zajmowałem się także doradztwem kredytowym dla inwestorów. Tworzenie i weryfikacja nieruchomościowych biznesplanów pod kątem pozyskania finansowania to była bardzo dobra szkoła, która mocno mi pomogła w rozwoju zawodowym. Uczestniczyłem w negocjacjach z bankami, uczyłem się bronić biznesplanu w oparciu o rynek. Wtedy to była nisza i bardzo dobrze nam szło.

Pana koleżanka z tamtych czasów, która zresztą do dziś pracuje w JLL, opowiadała, że wiele się wtedy działo w firmie. Młody, rozrywkowy zespół, nietypowe przygody w biurze na Koszykowej…

Tak, to były ciekawe czasy. Wielu było wtedy w Polsce ekspatów, szczególnie Anglosasów, którzy po pracy prowadzili bujne życie towarzyskie. My mieliśmy po dwadzieścia kilka lat, oni byli niewiele starsi, więc korzystaliśmy z tego, że nie było aż tylu wyzwań, ile jest dziś, bo praca była jednak mniej skomplikowana.

Słyszałam, że lubiliście, gdy padał deszcz, kiedy siedzieliście w biurze…

Tak, bo wiążą się z tym zabawne historie. W naszym pierwszym biurze na Koszykowej przeciekał dach. Kiedy zatem padał deszcz – z sufitu kapała woda. I to tak, że musieliśmy przykrywać komputery i podstawiać kubki w te miejsca, gdzie ciekło. Ale nie to było najlepsze. Kiedy leciało na głowę i nie dało się pracować, zabezpieczaliśmy sprzęt i przenosiliśmy się z pracą do knajpy. Ulewy były więc przez jakiś czas wspaniałą okazją do firmowego wyjścia.

Jako ciekawostkę branżową mogę powiedzieć, że tamto biuro miało wskaźnik powierzchni wspólnych na poziomie prawie 38 proc. To oznacza, że jak wynajmowało się biuro o powierzchni 100 mkw., to płaciło się za 138 mkw. Taki był rynek 20 lat temu. Dziś żaden najemca się na to nie zgodzi. Teraz ten wskaźnik wynosi pięć procent, a w wielu biurowcach nawet mniej.

A pamięta Pan obiady serwowane Wam przez uczniów pobliskiego technikum gastronomicznego?

Widzę, że zrobiła pani doskonały research. Koło naszego biura rzeczywiście był wówczas taki bar, gdzie uczniowie testowali na nas swoje potrawy. Miały jedną zaletę: były tanie. Nie tęsknię jednak za tamtą kuchnią.

A za „wesołym pociągiem” relacji Warszawa – Kraków, który wiózł krakowiaków do domu w każde piątkowe popołudnie, nie tęskni Pan?

Był taki pociąg, to prawda. Bardzo wesoły. Przez jakiś czas po rozpoczęciu nowej pracy w Warszawie, wracałem – podobnie jak wiele innych osób – w piątek po pracy do domu, czyli do Krakowa. Mieliśmy taką taktykę, że w ogóle nie kupowaliśmy miejscówek, tylko jeździliśmy Warsem. I to tam zawsze nam się rozpoczynał weekend.

Do Krakowa dojeżdżaliśmy już mocno rozbawieni. A na miejscu i tak nie szedłem od razu do domu, bo zazwyczaj byłem umówiony ze swoimi krakowskimi przyjaciółmi. Zostawiałem więc walizkę w zaprzyjaźnionej całonocnej knajpce i szedłem na imprezę, na której gadaliśmy do rana. Dlatego dopiero świtem w sobotę docierałem do rodziców. A w niedzielę wieczorem lub w poniedziałek rano znowu wracałem do Warszawy. I tak było przez jakiś czas. Stopniowo przyzwyczajałem się do nowego miasta.

Teraz czuje się Pan bardziej związany z Warszawą czy Krakowem?

Bardzo lubię Kraków, ale teraz to Warszawa jest moim miejscem i nie mam planów, by to zmienić.

Właśnie świętował Pan dwie dekady kariery w stolicy. Podobno hucznie.

W pracy zespół zrobił mi naprawdę miłą niespodziankę. Do końca nie wiedziałem o niczym! Miałem umówione spotkanie z Małgosią Żółtowską, szefową działu wycen w Europie Środkowo-Wschodniej w JLL,  bo trzeba było omówić ważną sprawę. I przychodzę na górę, a tu w sali konferencyjnej czeka na mnie mnóstwo osób. W zasadzie cała firma.  Zrobili dla mnie coś niesamowitego – film w prezencie. Powstał z nagrań wideo kręconych telefonami przez różne osoby w różnych sytuacjach. Naprawdę się wzruszyłem. Zresztą to nie jedyny kreatywny prezent, który otrzymałem na 20-lecie od przyjaciół. Bardzo doceniam takie gesty.

Jakie prezenty podobały się Panu najbardziej?

Zawsze najbardziej cieszą te kreatywne. Ale takiej inwencji się nie spodziewałem. Ponieważ jestem z Krakowa, dostałem niezbędnik warszawiaka. To trzy drewniane skrzynki, w których były symbole warszawiaka: karton papierosów Stołeczne, wódka Warszawska ze stołecznej wytwórni, butelka Królewskiego i oczywiście …szalik Legii.

Ale dostałem też zestaw słoików, takich weków, bo przecież jestem … słoikiem z Krakowa. Kiedy to wszystko zjem? Nie mam pojęcia! Fantastyczna była też książka „Jak doszłem do sukcesu ” – tak, tak, „doszłem”. Przygotowali ją dla mnie znajomi, którzy zebrali „recenzje” – np. od Elona Musk’a: „It changed my life” oraz Billa Gates’a „The secret to success is inside this book”. Wierzę, że rzeczywiście Elon i Bill tak to skomentowali.

Słynna też stała się impreza, którą niedawno urządził Pan dla współpracowników i przyjaciół. Podobno ta 20-stka była większa i huczniejsza niż kilka wesel razem wziętych…

Przyszło sporo osób, ponad trzysta. Wiele spośród tych, z którymi współpracuję prawie od początku warszawskiego życia, ale także młodzi koledzy z JLL.

I były owacje, gdy śpiewał Pan na scenie: „bo jak nie my, to kto?”. Jest Pan wokalistą, muzykiem?

O nie, to za dużo powiedziane. Kiedyś w liceum i na początkowych latach studiów śpiewałem, bo sprawia mi to frajdę. Wróciłem do tego, gdy świętowaliśmy 20-lecie JLL w Polsce. Planując obchody  założyliśmy zespół JLL Band. Okazało się bowiem, że w naszym biurze znaleźli się utalentowani muzycy. A ja tylko śpiewałem. Wystąpiliśmy w Warszawie Głównej na takim odkrytym wagonie kolejowym w strojach roboczych z Castoramy, na których domalowaliśmy logo JLL. To była świetna zabawa przede wszystkim dla nas grających. Nie jestem do końca pewien, czy również dla słuchaczy.

Na ostatniej imprezie nie występował Pan jednak z firmowym zespołem…

Oni byli gośćmi. Ja zaśpiewałem jedną piosenkę, ale za to w towarzystwie fantastycznych dziewczyn zespołu „Sabina i Syreny”.

Słyszałam, że ma Pan, poza śpiewaniem, jeszcze inne hobby – sport.

Trochę biegam, pływam, lubię chodzić po górach, jeżdżę na rowerze – także po górach. Mam do tego specjalny rower, a do biura jeżdżę odmianą miejską.

Taki z Pana zapalony sportowiec, że podobno auto zaparkowane w podziemiach Warsaw Spire zamienił Pan w szatnię…?

Mieszkam na Ochocie. Mam niewiele ponad pięć kilometrów do biura. Po co używać auta? Lubię korzystać z komunikacji miejskiej, bo jadę szybciej niż samochodem. Ale kiedy jest ciepło, wolę biegać do pracy. Zajmuje mi to 20-25 minut. Przyjeżdżam więc autem w poniedziałek do biura, w samochodzie mam dwa garnitury, kilka koszul, rzeczy na zmianę. Stąd pewnie ta szatnia. Dzięki temu rozwiązaniu mogę kolejnego dnia przybiec do pracy. Po takiej rozgrzewce idę na siłownię w biurowcu, potem prysznic i do pracy. I tak zamierzam robić, dopóki pogoda pozwoli.

A co do tej szatni w aucie, to moje doświadczenie skłoniło mnie do rozmowy z Ghelamco, które jest właścicielem budynku, gdzie mamy biura. I firma ta lada moment wprowadzi nową usługę – możliwość wynajęcia szafki podobnej jak na siłowni, na wyłączność, z własną kłódką. W ten sposób rozwiąże się nie tylko mój problem, a moje auto przestanie pełnić funkcję szatni.

Pytałam współpracowników, jaki jest Pan w pracy, jakim jest Pan szefem. I usłyszałam, że jest Pan wymagający, że trudno za Panem nadążyć, że myśl goni myśl, a jak ktoś nie łapie szybko…

Z wieloma szefami działów w JLL pracuję od dawna, a nawet od bardzo dawna. I mam wrażenie, że oni sami często stawiają sobie poprzeczkę nawet wyżej, niż ja bym im ją postawił. I z tego jestem dumny.

DNA osób, które chcą odnosić sukcesy w tym zawodzie – w takiej pracy, jaką my mamy – musi mieć w składzie ambicję. Cały czas trzeba być aktywnym, więc jeśli ktoś chce mieć święty spokój pracując na wyższym stanowisku, to po prostu sobie nie poradzi.

I co wtedy?

Takie osoby też mieliśmy w naszej firmie. Albo same odeszły, albo pracują na trochę niższych pozycjach, gdzie nie muszą robić aż tyle.

Jestem szczególnie dumny z tego, że na stanowiskach szefów działów w JLL w Polsce mamy wiele kobiet, które mają dzieci, a pracują dużo. Są bardzo ambitne. Staramy się ułatwiać im życie, umożliwiać pracę na elastycznych zasadach. Na przykład panie wychodzą z biura wcześniej, bo odbierają dzieci, ale pracują później w domu, gdy położą je spać. Jeśli tak wolą, nie mam nic przeciwko.

Monika Rajska – Wolińska, szefowa Colliers International w Polsce, powiedziała mi w wywiadzie, że mężczyźni z branży nieruchomości bywają bezlitośni.

Zgodzę się z taką tezą, ale jeśli mówimy o tym, co było kilka czy kilkanaście lat temu. Były takie firmy deweloperskie, o których wiedzieliśmy, że traktują kobiety… w słaby sposób. I to było przez nas piętnowane zawsze. Jeśli pojawiały się niepożądane zachowania, firma była zdecydowana rezygnować ze zlecenia. Dziś takich zachowań jest jednak – na szczęście – o wiele, wiele mniej.

U nas, jak mówiłem, więcej szefów działów to kobiety. Mamy jeden z najlepszych wskaźników – w strukturze JLL na świecie – jeśli chodzi o liczbę stanowisk kierowniczych zajmowanych przez panie. Dla mnie nie ma znaczenia płeć, gdy wybieram szefa. Kieruję się wynikami, pracą, zaangażowaniem.

Najbliżsi współpracownicy narzekają, że podobno notorycznie, w ostatniej chwili, wchodzi Pan na pokład samolotu, co doprowadza wpółlecących na spotkanie do szaleństwa. Po co Pan to robi? Która linia lotnicza jest najcierpliwsza?

Niektóre osoby lubią mieć dużą rezerwę czasu na lotnisku, ale ja do nich nie należę. Przyjeżdżam na lotnisko niedługo przed planowanym zamknięciem odprawy. Spóźniłem się kiedyś na rozmowę kwalifikacyjną do Fiata, co okazało się być szczęśliwym zbiegiem okoliczności, więc nawet jeśli kiedyś trafią mi się większe korki i spóźnię się na samolot, to wychodzę z założenia, że pewnie znowu los szykuje mi jakąś lepszą opcję.

Od pięciu lat jest Pan prezesem JLL w Polsce. Co się zmieniło w tym czasie?

Rozwinęliśmy firmę. Robimy nowe rzeczy. Pięć lat temu mieliśmy sto kilkadziesiąt osób, teraz prawie trzysta. Ważne jest dla mnie, aby i realizować cele centrali – bo firma jest globalna, i mieć zadowolony, zmotywowany zespół. W takich biznesach jak nasz, kluczem do sukcesu jest właściwe podejście do pracowników. Dlatego moją misją jest zapewnienie jak najlepszych warunków ludziom z polskiego oddziału firmy.

Jestem bardzo zadowolony, że ważne dla firmy osoby nie odeszły i nie odchodzą, odkąd jestem szefem. I mam nadzieję, że tak będzie nadal, gdyż nie jest moją ambicją wyjazd do centrali. Zamierzam realizować swoje plany biznesowe w Polsce.

Prezes siedzi w biurowym open space, razem z pracownikami, bez gabinetu, nawet własnego biurka. Na dodatek przysiada się niespodziewanie…

Tak, na początku reakcje współpracowników były różne. Jedni uznali, że to fajne, a inni byli zestresowani, gdy siadałem obok: „czego on może chcieć?”. Ale teraz się przyzwyczaili. Wiedzą, że lubię przejść się po biurze z kawą, zagadnąć.

Wie Pan, jak nazywają Pana współpracownicy?

Jak?

 „Tata” albo „ojciec chrzestny”?

Tak, o tym pierwszym słyszałem, ale o tym drugim – nie.

Czują się zaopiekowani czy z jakiegoś innego powodu?

Hmmm… wiedzą, że mam poczucie humoru, więc pewnie trochę ze mnie kpią. I to dobrze. Wydaje mi się, że mam do siebie dystans. I do życia.

Ale słodyczy nie pozwala Pan jeść w biurze, choć widziano Pana z czekoladą.

Nie, z tym zakazem to akurat nieprawda. Po prostu, gdy zorientowałem się, że na każde spotkanie wjeżdża zawsze porcja ciasteczek, zdecydowałem, że nie musimy karmić klientów słodyczami.

Dlaczego, skąd ta decyzja?

Być może właśnie stąd, że sam mam słabość do słodyczy i staram się je ograniczać.

Jakie są perspektywy dla agencji doradczych w Polsce?

Rynek doradztwa nieruchomościowego w Polsce jest bardzo nasycony. Konkurencja jest duża. Cieszę się, że są jeszcze apetyty na ten rynek, bo to świadczy o jego perspektywach. Uważam jednak, że nowym nie będzie łatwo znaleźć swoje miejsce. Szczególnie, że w niektórych segmentach rynku będziemy mieć do czynienia z dekoniunkturą. A to nie sprzyja nowym biznesom.

Jak Pana firma się przygotowuje do zmian na rynku, jak będzie wyglądał zawód doradcy, agenta nieruchomości w przyszłości?

Myślę, że coraz większe znaczenie będzie miała tzw. podpórka technologiczna dla naszej branży. Od jakiegoś czasu prowadzimy na przykład bazę biur i bazę magazynów – dwa nasze portale, które rozwijamy. Ale to nie wszystko. Będzie się działo o wiele więcej. W tym względzie cieszą mnie globalne inicjatywy JLL w dziedzinie technologii. Firma ma ambicje bycia liderem w naszym sektorze w tym obszarze, a w polskim biurze zatrudniamy zespół odpowiedzialny za rozwijanie inicjatyw technologicznych dla europejskich oddziałów firmy.

Z perspektywy mojego specjalistycznego podwórka doradztwa inwestycyjnego, myślę, że to tylko kwestia czasu, kiedy przez Internet będzie można sprzedać duży budynek komercyjny, na przykład biurowiec z wieloma umowami najmu. Myślę tu o elektronicznym przetargu: jest budynek, wszystkie dokumenty, jest wycena, trzeba ofertować w sposób wiążący przez Internet na swego rodzaju aukcji. Dziś inwestor wybiera ofertę, kilka miesięcy trwa badanie nieruchomości, negocjowane są umowy etc. – cały proces jest zbyt długi. Można to zmienić. Jeśli struktura podatkowa i prawna będzie przejrzysta, uważam, że stosunkowo łatwo da się coś takiego zrobić również u nas w Polsce. Chętnie zostanę w tej dziedzinie prekursorem. To byłoby kolejne ciekawe wyzwanie.

A wyzwania poza pracowe – jakie były najtrudniejsze? Co dało Panu największą satysfakcję?

Jeśli chodzi o wyzwania sportowe, to chyba ucieczka z Alcatraz. Zapisałem się do grupy, która miała z wyspy dopłynąć do wybrzeża San Francisco – tak jak w rzeczywistej ucieczce, czy potem w filmie. Płynęliśmy jednak w piankach, więc było łatwiej niż w kinie. No i nie było daleko, bo około 2,5 kilometra, ale silne fale z oceanu wlewały się do zatoki i to utrudniało płynięcie. Były tak wysokie, że nie było widać brzegu, tylko ponad skłębioną wodą wystawały wieżowce z lądu.

Nie bał się Pan?

Jeśli czegoś się bałem, to tego, że mógłbym nie dopłynąć. Byłby wstyd.

To nie jedyna ekstremalna wyprawa, na jaką się Pan zdecydował. Słyszałam o Grenlandii.

Kilka lat temu, z kolegami z branży nieruchomości, wybraliśmy się na wyprawę ski-tourową na Grenlandię. To było niesamowite doświadczenie. Spaliśmy na lodowcu. Wykopaliśmy sobie w śniegu obóz. Zrobiliśmy jamę, w której rozbiliśmy namioty i mieszkaliśmy. Rozbiliśmy też większy namiot – rodzaj takiej naszej grenlandzkiej kantyny – w pewnej odległości od naszego obozu. Chodziło o bezpieczeństwo. Uprzedzano nas bowiem, że niedźwiedzie mogą do nas przyjść zwabione jedzeniem, a wtedy nie ma żartów. Islandzki przewodnik miał na wszelki wypadek strzelbę, ale nie doszło do takich odwiedzin.

Co było wtedy najtrudniejsze?

Nawet nie mróz, tylko mocny, przenikliwy wiatr. Po nocy śpiwór był w soplach, bo w namiotach zamarzała para wodna. Była to próba, przyznaję, warunki były surowe. Dziś jednak wspominam to bardzo dobrze.

Za kilkanaście dni planuje Pan kolejną ekstremalną wycieczkę. Dokąd?

Ta nie będzie tak ekstremalna. Z grupą kilku przyjaciół z branży nieruchomości jedziemy do Kamerunu, pod granicę Kongo. Raz do roku staramy się w tej samej grupie wyjechać w jakieś ciekawe miejsce. Wspinaliśmy się już razem w Peru, byliśmy w Argentynie, na wspomnianej Grenlandii, w Namibii. Teraz czas na Kamerun. Zapowiedziano nam, że warunki będą bardzo podstawowe, ale to jedyna okazja, żeby zobaczyć prawdziwą Afrykę Środkową i Zachodnią.

Dokąd następnym razem?

Już mamy zaplanowany wyjazd na Kamczatkę.

Szuka Pan wrażeń…

Gdy już się wyszumiałem, schudłem nieco, zmieniłem tryb życia, polubiłem aktywne spędzanie czasu. Nie lubię stacjonarnych urlopów. Nie dla mnie hotel all inclusive i plaża.

Czasem jednak lubię pojechać do domu na wsi, gdzie jest spokój i cisza. I wtedy mogę poczytać książki. Ale nawet tam idę pobiegać czy pojeździć na rowerze. Nosi mnie. Fajnie coś robić.

I dlatego biegał Pan w stroju Supermena po Warszawie, z charakterystycznie wyciągniętą ręką…

Tak, przyznaję, zdarzyło mi się. Przegrałem zakład z koleżanką. To było… zabawne, ale nie miałem wyjścia. Próbowałem się wykręcać, że nie mam stroju, lecz dostarczono mi go na biurko i musiałem się wywiązać. Obiegłem więc cały budynek Saski Crescent – w środku dnia, w niebieskim stroju, z wyciągniętą w geście supermana ręką. Tak było.

Panowie z ochrony biurowca przez kolejne dwa miesiące przybijali ze mną piątkę, gdy mnie widzieli, pokładając się ze śmiechu na samo wspomnienie tamtego mojego wyczynu. W firmie też wszyscy mocno się ubawili. Grafik z JLL zrobił z tej okazji nawet plakat.

Dwie dekady w jednej firmie. Nie myślał Pan o zmianie? Miał Pan propozycję m.in. od jednego funduszu…

Przyznaję, były różne oferty, ale nie zdecydowałem się na zmianę, bo u mnie ciągle coś się działo. Zaczynałem na stanowisku juniorskim. Co kilka lata dostawałem nowe zadania, awansowałem, zostałem szefem jednego działu, potem kolejnego, a potem całej agencji w Polsce.

Wiem, że 20 lat w jednej firmie to dużo, ale zdecydowanie ich nie żałuję.

Dziękuję za rozmowę.

CV
Tomasz Trzósło – od pięciu lat dyrektor zarządzający firmą JLL w Polsce. Poprzednio przez kilkanaście lat szef działu doradztwa inwestycyjnego JLL w Polsce i Europie Środkowej. Absolwent Wydziału Zarządzania i Rachunkowości Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Od 20 lat w Warszawie. Podkreśla, że największym sukcesem jest jego zespół – grupa profesjonalistów pracujących z nim od lat w JLL.