Nie jestem typem buddyjskiego mnicha

Karierę zawodową zaczęła w wieku 19 lat. Pracowała jako sprzątaczka, opiekunka dzieci, „wyprowadzaczka” psów na spacer, kelnerka, trenerka tenisa, a nawet jako tzw. cieciowa w sali sportowej jak sama wspomina. Dziś z sukcesem prowadzi kilka biznesów.  Współpracownicy mówią o niej: szybka jak wiatr, twarda jak skała. A ona kocha najbardziej Paco, Tiffany  i … Norblina.

Gościem „Nieruchomości z górnej półki” jest Kinga Nowakowska, członek zarządu Grupy Capital Park.  

Grażyna Błaszczak: Rozmawiamy po południu. Jaki to moment Pani dnia? Koniec pracy?

Kinga Nowakowska, Capital Park: No nie, koniec jeszcze nie. Ale od jakiegoś czasu już nie pracuję po nocach. Szczerze mówiąc, mam tak intensywne dni, tyloma różnymi rzeczami zajmuję się jednocześnie, że siedzenie po nocach odbiera energię.

Kiedy Pani uznała, że dość siedzenia po nocach?

To nie tak, że uznałam, że dość, tylko lepiej się zorganizowałam. Bo chodzi o to, aby budować zespoły, które są w stanie realizować różne rzeczy, a nie o to, by robić wszystko samemu. Takie zachowanie z definicji ogranicza rozwój firmy. I z tym walczył zawsze mój wieloletni wspólnik – Jan Motz. Ale takiego podejścia trzeba się nauczyć.

Wstaje Pani wcześnie. Jak rozpoczyna Pani dzień?

Pobudkę mam zwykle o 6.15. Robię mały poranny program rozruchowy. Ale to nic nadzwyczajnego. Ci, co trenują triatlon, wstają jeszcze wcześniej i intensywnie ćwiczą. Ja budzę się o tej porze, bo mam wiele różnych spraw, którymi muszę się zająć. Prowadzę kilka fajnych projektów jednocześnie, więc zawsze mam co robić.

Jakie ma Pani poranne zadania w domu?

Dotyczą głównie zwierzaków. Bo ja mam bardzo dużo zwierząt w domu. Są i konie, i psy, a niedawno miałam szczeniaki. Oczywiście, że mam ludzi do pomocy, ale praca przy zwierzętach daje mi ogromną przyjemność, szczególnie, gdy chodzi o osiem szczeniąt.

Śmieją się Pani oczy, gdy o nich Pani mówi.

Bo to moje ukochane bassety. Ja w ogóle bardzo kocham zwierzęta. Odgrywają w moim życia bardzo dużą rolę.

Dużo ma Pani zwierząt?

Oj, trochę mam: konie, psy, koty. Koni mam wspólnie z koleżanką 15, a jeszcze będziemy mieć dwa. Gram w polo i to są  konie, które grają razem ze mną. Teraz to Paco jest moją największą miłością w tym stadzie.

Buduję dla koni stajnię pod Warką, nad Pilicą. A jak już powstanie, zażyczyłam sobie kozę w prezencie, która tam zamieszka. Będzie królową w tej stajni. Konie są stadne, zawsze muszą mieć towarzystwo. Często, kiedy koń jest w szpitalu, daje mu się do boksu kozę, aby nie był samotny.

Słyszałam, że dla jednego z koni sprowadzała Pani lekarza z Francji?

W Polsce weterynarze spisali jednego z koni na straty. Mówili, że to koniec, że umrze. Koń był po wypadku, miał wylew. Nie dałam jednak za wygraną. Zadzwoniłam do chirurgów z Francji i powiedziałam: przylećcie zwiedzić Warszawę, zapraszam was, tylko pomóżcie Milagros. I się udało, dziś koń wraca do gry.

Podobno psa zabiera Pani do biura na narady?

Tak, czasem, gdy czuję, że tracę z którymś z moich psów więź, to go biorę do pracy. Ostatnio była ze mną Tiffany – moja ulubiona bassetka. To ta, która miała osiem szczeniaków. Zajęła fotel dyrektora finansowego.

Jedna z Pani współpracowniczek powiedziała, że gdyby miała Pani zabrać kogoś na bezludną wyspę, to pewnie byłoby tak jak na arce Noego…

O tak, to prawda! Trafne porównanie.

Niedawno nawet uratowałam na wakacjach tonącego psa. Biedak wpadł do basenu i nie mógł się wydostać. A drugi bokser szczekał nad tym basenem ledwo zipiąc, bo nie umiał mu pomóc. Na szczęście mi się udało. Potem przybiegał do nas i dziękował. Uważam, że to, jak traktujemy zwierzęta, jest miarą naszego człowieczeństwa.

Powadzi Pani kilka biznesów. Od 9 rano jest Pani zwykle w biurze Capital Parku, ale podobno już od 6 – 7 rano spływają na Pani pocztę raporty.

Jestem zaangażowana w wiele różnych przedsięwzięć, oprócz codziennej pracy w Capital Parku. I tak to zorganizowałam, że np. w przypadku BioBazaru czy wcześniej też restauracji, dostaję raporty operacyjne właśnie rano, zanim wyjdę do biura. A czasem – na zakończenie dnia. To pozawala mi śledzić, co się dzieje w innych moich biznesach.

Jak zmotywować współpracowników do wysyłania raportów świtem?

To proste: systemami motywacyjnymi, czyli udziałem w zyskach. Należy dzielić się wynikami z ludźmi, którzy mają na nie wpływ. Taki układ ma jeszcze jedną zaletę: to, że ludzie raportują do mnie, powoduje, że jednocześnie raportują do siebie. Często nie tylko chodzi o to, abym to ja wiedziała, jak im poszło, ale by to oni wiedzieli, jakie mają wyniki.

Pani osobowość – także biznesową – ukształtował sport.

Tak, sport miał – i nadal ma – na mnie ogromny wpływ. W młodości uprawiałam zawodowa tenisa. Grałam nawet w reprezentacji Polski juniorów. Miałam pewne osiągnięcia i nauczyłam się wtedy kilku rzeczy. Po pierwsze, że sukces nie przychodzi od razu, że każdego dnia trzeba trenować, że to jest proces i dopiero długofalowy wysiłek daje poczucie sukcesu. Po drugie, sport uczy podnoszenia się po porażce. Jednego dnia się wygrywa i ma się poczucie, że świat jest u stóp, a drugiego przychodzi katastrofa, bo nic się nie udaje. Ważne jest jednak, aby zrozumieć, że żadna z tych sytuacji nie trwa wiecznie. Jak się to przyjmie, to zyskuje się ogromną siłę. Także w biznesie.

Pani dość wcześnie zaczynała karierę zawodową i nie było to od początku pasmo sukcesów.

Tak, po maturze wyjechałam do Paryża z walizką i plecakiem. Byłam tzw. nielegalną emigrantką. Nie umiałam wiele, nie miałam nic, a musiałam się jakość utrzymać. Wykonywałam rozmaite prace: od sprzątaczki, przez opiekunkę dzieci, „wyprowadzaczkę” psów na spacer, po kelnerkę. Pracowałam w Pizza Hut, smażyłam naleśniki, byłam tzw. cieciową w sali sportowej i dawałam lekcje tenisa. Robiłam naprawdę mnóstwo rzeczy. I każda z tych prac wiele mnie nauczyła.

Nie żałuje Pani, że tak wcześnie zaczęła Pani pracować?

Nigdy, w żadnej szkole się nie nauczymy tyle, co w pracy. Młodzież wcześnie powinna zdobywać takie doświadczenia.

Zawsze się Pani chciało…?

Jak człowiek jest głodny, to wie, że aby przetrwać, trzeba po prostu …zasuwać. A ja wtedy byłam na takim etapie.  To rok 1988. Wyjechałam z Polski przed końcem poprzedniego systemu politycznego. Rodzice nie byli mnie w stanie utrzymywać za granicą. Musiałam sobie radzić sama.

Podobno miała Pani ciotkę w Paryżu, która motywowała Panią do działania, zadając codziennie na koniec dnia pytanie: „Co dziś zrobiłaś dla zmiany swojej sytuacji?”. Nie znienawidziła Pani tego pytania?

Znienawidziłam, i to bardzo. Na długie lata. Wiedziałam, że to było rozsądne, pozbawione emocji pytanie, które miało mi pomóc, ale irytowało mnie.

Dziś już nie mam takiej potrzeby, by zadawać sobie takie pytanie, choć czasem bywa, że mam jakieś dylematy biznesowe. Ale wtedy w Paryżu nauczyłam się, że jak zrobię pięć rzeczy danego dnia, by poprawić swoją sytuację, to w końcu spadnę na cztery łapy i będę miała z czego zapłacić za mieszkanie.

Czasem trudno jest się jednak nie poddać.

Gdy studiowałam na Sorbonie, widziałam jak wielu kolegów poddaje się po pierwszej porażce. Bo nie byli przygotowani na walkę, dlatego odpuszczali. I w konsekwencji przestawali wierzyć w siebie. I potem trudno się im było z tego wygrzebać. Dlatego kluczowe jest tu nastawienie. Ja powtarzam, że poza śmiertelną chorobą,  która wyklucza, reszta jest do zrobienia.

Słyszałam, że miała Pani jednak w Paryżu chwile zwątpienia i biegła Pani wtedy o 7.30 do budki telefonicznej, bo miała dzwonić mama z Polski. I płakała Pani w słuchawkę…

Pewnie, miałam, takie chwile. Mama mówiła wtedy: wróć. I to dodawało mi siły. Wiedziałam, że mogę to zrobić, ale miałam plan do zrealizowania. I udało się. Nie wmawiałam sobie jednak, że to byłby wstyd, gdybym wróciła.

Od razu po studiach na Sorbonie dostała Pani pracę w renomowanej firmie.

Tak, zostałam przedstawicielką francuskiego IBM na Europę Wschodnią i to w czasach, kiedy we Francji szalał kryzys i bardzo trudno było o posadę. Jako jedyna z roku znalazłam wtedy pracę. Nadal jednak czułam, że nie jestem w stanie przebić się dalej i pokonać ekonomicznej bariery: wynająć mieszkania w centrum Paryża i pozwolić sobie na normalne życie. Dalej musiałam być tą cieciową i mieszkać za darmo poza centrum, wstawać o 5 rano i myć brzegi basenu przy sali sportowej. Nie mogłam się ruszyć na noc, bo byłam jednocześnie stróżem nocnym. To było dla mnie bardzo dołujące, bo jestem osobą towarzyską i nic chciałam tak dalej funkcjonować.

I wtedy do Paryża przyjechał Pani kuzyn, Jan Motz, z nietypową propozycją. Niektórzy mówili, że rzuca Pani IBM dla naleśnikarni.

Tak, Jan zaproponował, żeby otworzyć sieć restauracji, naleśnikarni w Stanach.  Zostawiłam więc IBM, bo miałam obiecaną taką samą pensję, ale też udział w zyskach. To już było coś.

Kochałam i kocham Francję absolutnie, ale czułam, że więcej już tam nie osiągnę. Emigranci byli wtedy inaczej traktowani. Nie mogłam zrobić aplikacji. Dlatego po dziewięciu latach we Francji, nie mając 30 lat, spakowałam dwie torby i poleciałam do USA.

Okazało się jednak, po przylocie do Ameryki, że kuzyn ma już inny pomysł na biznes.

Tak, okazało się, że to nie będą naleśniki na Manhattanie, tylko call center w Polsce. Nie miałam o tym pojęcia, a musiałam napisać biznesplan. Odwiedzałam więc podobne firmy w Stanach, spotykałam się z doradcami, bo musiałam wiedzieć, jak ten biznes działa. W Polsce była to całkowita nowość. I tak zaczęłam pierwszy własny projekt, wspólnie z Janem, w Krakowie. Najpierw miałam to robić przez trzy miesiące, potem kolejne trzy i tak stworzyliśmy wielką firmę Call Center Poland, którą sprzedaliśmy za ponad 140 mln zł.

… w Polsce bez telefonów, jak żartują niektórzy.

Tak się wtedy o Polsce mówiło, bo kłopot był nawet ze światłowodem. Musieliśmy go załatwiać po znajomości w TP SA w Krakowie, by móc odebrać 30 połączeń na raz. Dziś jest to śmieszne, wiem, ale wtedy było wyzwaniem.

Pani współpracownicy opowiadają, że jak jest Pani zaangażowana w nowy biznes, to sama pani skręca biurka, odśnieża, sprzedaje na straganie.

To nie chodzi tylko o poziom zaangażowania, ale o koszty. Wiadomo, że biznes na początku nie jest dochodowy, trzeba na siebie zarobić. Dlatego w Call Center Poland skręcałam biurka, a przy BioBazarze pierwszej zimy zdarzyło mi się odśnieżać świtem teren, bo nie było nas wtedy stać na ekipę.

Nie każdy szef jest do tego zdolny.

Jako doświadczony przedsiębiorca wiem, że moment zarobienia na siebie jest kluczowy. Każdą rzecz, którą można robić samemu, trzeba do tej pory robić.

Zresztą nie takie rzeczy mi się zdarzały, i to już po paryskich doświadczeniach.  Ta anegdota się wiąże z firmą MyEcolife, która zresztą jest właścicielem BioBazaru.  Aby ten biznes wypromować, mój kolega Mikołaj Ziółkowski, który organizuje Open‚er Festival w Gdyni, zaprosił nas, abyśmy zaistnieli marketingowo. Oferowaliśmy więc na tym festiwalu ekologiczne hot dogi. Byłam tam oczywiście z całym zespołem i obierałam te ekologiczne parówki na zapleczu. Ale ktoś ze sprzedawców musiał na chwilę wyjść, więc zastąpiłam go na stoisku. Wtedy przyszedł członek rady nadzorczej Call Center Poland. Pomyślałam sobie, że jak mnie zobaczy w takim miejscu i w takiej roli, o drugiej nad ranem, to trupem padnie. Ale na szczęście wyglądałam tak, że mnie nie poznał.

Wiem, że ktoś może powiedzieć, że mój czas jest zbyt cenny, że prezesowi nie wypada. Ale ja nie robię tego za każdym razem i nagminnie. Poza tym ludzie , z którymi pracuję od lat, wiedzą dzięki takim działaniom, że jestem częścią zespołu, a nie tylko szefem, który grozi placem.

Podobno, Pani zdaniem, porażka jest darem od losu. Dziwnie to brzmi w ustach osoby, której kilka biznesów działa z sukcesem.

Ale ja tak naprawdę uważam. Niedawno, gdy występowałam w ramach FuckUp Nights, opowiadałam, że wszystkie firmy, które udało mi się stworzyć – i działają z sukcesem –  były kilkakrotnie na granicy bankructwa. Czy można było tego uniknąć? Czasem błędem jest za duża skala biznesu, zły kierunek, niewłaściwie wybrani menedżerowie. Potem przychodzi refleksja. A porażka zmusza nas do bycia jeszcze lepszym. Dlatego następnie budujemy firmę, która jest wyjątkowa, jest przed konkurencją, ma bardzo mocne fundamenty.

Jak zaczęła się Pani przygoda z nieruchomościami?

Podobnie, jak w przypadku moich poprzednich zajęć, do współpracy zaprosił mnie Janek Motz, gdy już sprzedaliśmy z sukcesem Call Center Poland. Nie od razu weszłam do zarządu Capital Park, długo byłam dyrektorem operacyjnym, zajmowałam się zarządzaniem nieruchomościami i uczestniczyłam w projektach, które już się toczyły. I z tego jestem naprawdę dumna.

Muszę przyznać, że niestety nie budujemy tanio. „Niestety” – z punktu widzenia naszego inwestora, ale „na szczęście” z punktu widzenia warszawiaków i użytkowników naszych budynków. Używamy szlachetnych, trwałych materiałów, kreujemy tkankę miejską, integrujemy nasze nieruchomości z sąsiedztwem – tworzymy kawałek miasta.

Do Norblina, którego budowa nie mogła ruszyć przez wiele lat, nigdy nie straciła Pani cierpliwości?

Nieruchomości są bardzo trudnym biznesem. Trzeba mieć mentalność buddyjskiego mnicha, żeby móc pracować w tej branży, a – jak wiadomo – mi daleko do takiej postawy. W innych biznesach, w których działam, wszystko można operacyjnie każdego dnia poprawić, popchnąć do przodu. Natomiast w nieruchomościach tak się nie da.

Trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo latami trwają procesy różnych uzgodnień, często  ludzie, którzy za nie odpowiadają są niechętni do współpracy, albo po prostu bierni. A przecież inwestor jest kompletnie uzależniony od nich. Może tylko dzwonić, chodzić, pisać, pytać, przypominać.

Co do Norblina – jest wyjątkowym projektem w sercu Europy: dwa hektary starej zabytkowej fabryki, której dajemy nowe życie. Przywracamy to miejsce miastu i mieszkańcom. Chyba wszędzie na świecie uchyliliby nieba, aby ktoś się tym zajął. U nas jest, niestety, inaczej.

Przygotowania do budowy ArtN zajęły prawie dekadę. Wcześniej byli jeszcze inni inwestorzy, którzy się poddali. Projekt musiał się zmienić, bo i rynek w tym czasie się zmienił…

I to jest jedyna zaleta tego przeciągania procesów formalnych. Dziś powstaje zupełnie inny koncept niż gdy kupiliśmy nieruchomość. Postawiliśmy na całkiem nowe rozwiązania, marki, pomysły, które będą nie tylko nowością w Polsce, ale i w Europie.

Właśnie podpisujemy pierwsze umowy, ale nie mogę zdradzić z kim, bo chcemy zaskoczyć rynek. Nie będzie tu typowego centrum handlowego. Te czasy już minęły. Dziś mówi się raczej o  spędzaniu czasu w klimatycznych wnętrzach galerii. Stawiamy na nowoczesne koncepty rozrywkowe, które nawet na świecie jeszcze raczkują. Już się nie mogę doczekać, gdy pod koniec 2020 roku będziemy mogli to wszystko pokazać.

Jest Pani niecierpliwa, a gdy już ktoś przychodzi i mówi: „spokojnie, spokojnie…”, to…

… mnie to strasznie denerwuje. Bo jak słyszę „spokojnie”, to mam wrażenie, że nie działamy, tylko siedzimy na coś czekamy. Lepiej jest robić i ewentualnie się pomylić, niż czekać.

Współpracownicy mówią też, że jest Pani szalenie wymagająca i stanowczo egzekwuje, co było zadane. Boją się trochę Pani?

Być może coś w tym jest, choć ten, kto pracuje ze mną dłużej i zna zasady, nie ma się czego bać.  W Capital Parku mam bardzo dobry zespół, wiele osób pracuje dla mnie ponad 10 lat.

Kiedyś jednak pamiętam – to jeszcze było w innej firmie – odszedł ode mnie dyrektor działu IT. Powiedział, że nie chce pracować pod presją czasu, więc idzie do korporacji, gdzie ma projekt rozpisany na trzy lata i nikt mu nie będzie wchodził do pokoju co chwilę i ciągle czegoś chciał. Przyznaję, trochę była to moja porażka, tak to odebrałam. Ale nie zadowala mnie minimum, jestem wymagająca i pilnuję terminów. Sobie także wysoko stawiam poprzeczkę.

Jest Pani wegetarianką, z zacięciem ekologicznym.

Tak, bo kocham zwierzęta. Eksploatacja zwierząt bardzo mnie boli. Mięsa nie jem już od 18 lat. Coraz więcej osób decyduje się na to. Na BioBazarze obserwuję roczny spadek zakupu mięsa o 20-30 procent, czemu towarzyszy wzrost konsumpcji warzyw.

Martwi mnie też to, że giną kolejne gatunki zwierząt na wolności. Dużo podróżuję, oglądam dziką przyrodę i z żalem patrzę na to, co dzieje się na świecie, jak zwierzakom zmniejsza się terytorium, jak na przykład ubywa moich ukochanych żyraf, jak giną z głodu białe niedźwiedzie.

Potrafi Pani powiedzieć przy kolacji: to, co masz na talerzu, jeszcze niedawno chodziło…

Tak. I potrafię też zapytać w restauracji: czy macie coś, co nie jest trupem?

A w biurze sprawdza Pani, czy pracownicy sugerują śmieci.

To jest moja misja. Toczę wręcz o to walkę. Dopiero certyfikacja budynku i nałożenie obowiązku segregacji śmieci na pracowników zaczęło przynosić efekty w biurze. Powtarzam im też, że na oceanie są wyspy plastiku wielkości trzy razy takiej jak Francja, a ktoś ciągle używa plastikowych torebek. Nawet na BioBazarze nalegam, aby nie dawać plastikowych toreb.

 Chce Pani też ratować wróble.

Tak, to najnowsza nasza inicjatywa. Ekolodzy mówią, że ubywa ich w Warszawie. Mamy już pszczoły, budki dla ptaków, sadzimy też drzewa. Ja sama regularnie.

Ile rocznie ich Pani sadzi?

Staram się posadzić rocznie kilkadziesiąt drzew. Gdzieś wyczytałam, że jeżdżąc moim SUV-em powinnam sadzić minimum dziewięć drzew rocznie, by zniwelować szkody, jakie auto wyrządza środowisku.

Podobno puszcza Pani fajną muzykę w biurze. Tak donieśli współpracownicy.

Mam takie swoje „głodne kawałki” – jak oni to mówią. To cały mój zbiór na Spotify. Są tam i francuskie ulubione piosenki, i inne. Bo ja w ogóle kolekcjonuję muzykę. Z podróży przywożę zawsze nowe zespoły i piosenki. Ostatnio jeden fantastyczny kawałek z Argentyny – „Por lo menos hoy” urugwajskiego zespołu No Te Va Gustar – czyli nazywają się „Nie będzie ci się podobać” (poniżej linki do tej muzyki z YouTube).

 

Co do muzyki, to kiedyś mieliśmy w biurze koleżankę, która w piątki puszczała nam super house, i to na cały regulator. Szkoda, że już jej nie ma z nami.

Słyszałam także opowieści o Pani „świętych środach”…  

No tak, mam takie specjalne środy. To dni, które staram się zawsze spędzać z dziećmi mojego brata, bo nie mam swoich. W te właśnie środy staram się nie umawiać popołudniami. Odmawiam kolacji biznesowych. Choć czasem zdarzy mi się wpadka, i nie dam rady dojechać do dzieci.

W środy właśnie uczyłam bratanków na przykład grać w tenisa. Ostatnio chodzimy jednak na trampoliny. Bo ja jestem „ciocią od sportu”. Poza tym wyjeżdżamy też razem na wakacje. Wiem, że aby mieć relacje z dziećmi, to trzeba z nimi spędzać czas. To dla mnie bardzo ważne.

Największe Pani marzenie?

Właśnie spełniam jedno: buduje stajnię, ponieważ marzę o piciu kawy, patrząc na wszystkie moje konie. Jednak największe moje marzenie jest takie, abym za ileś lat miała wystraczająco dużo pieniędzy, aby móc znacząco wspierać konkretnych ludzi w potrzebie. Teraz też pomagam w różny sposób, w różnych miejscach, także finansowo. Mam jednak świadomość, że jest to kropla w morzu potrzeb. Bardzo podoba mi się idea, aby najbogatsi oddawali 10 proc. swoich dochodów, by biednych ubywało. Świat byłby wtedy pewnie lepszy, nie byłoby takiej biedy, agresji.

Bardzo podziwiam mojego brata, który wraz z żoną oddał czeczeńskiej rodzinie swoje mieszkanie w Warszawie. Takie rzeczy się dzieją. Ludzie różnie pomagają potrzebującym. Ja daję pieniądze, bo mogę sobie na to pozwolić, mój brat – przekazał mieszkanie, a jego sąsiadka – opiekuje się na co dzień tą rodziną i jej dziećmi, załatwiając dla nich wiele spraw. Nawet chodzi na wywiadówki tych dzieci. To pokazuje, że nie trzeba mieć dużo pieniędzy, by robić bezcenne rzeczy.

Dziękuję za rozmowę.

(Grażyna Błaszczak, kwiecień 2018 r.)

(zdjęcia: archiwum prywatne Kingi Nowakowskiej)

CV:

Kinga Nowakowska

członek zarządu w Grupie Capital Park (która jest inwestorem m.in. warszawskich kompleksów biurowych Eurocentrum czy Royal Wilanów oraz nowego projektu ArtN).

Od 1997 roku, przez 11 lat, była dyrektorem generalnym Call Center Poland, które pod jej kierownictwem stało się jednym z największych outsoursingowych, wielojęzycznych centrów obsługi klienta w Europie Wschodniej.

Od 2007 r. działa w Grupie Capital Park. Od 2009 roku jest dyrektorem generalnym spółki celowej ArtN, której celem jest realizacja wielofunkcyjnego projektu w miejscu dawnej Fabryki Norblina w Warszawie.

Współzałożycielka BioBazaru – pierwszego w Polsce targu z ekologiczną, certyfikowaną żywnością. Współzałożycielka funduszu Black Swan Fund – opartego na koncepcie „Kobiety wspierają kobiety”, a także Klubu Inwestorek Indywidualnych. Mentorka. Działa charytatywnie.

Absolwentka Uniwersytetu Sorbona (ukończyła Wydział Prawa w Paryżu, ze specjalizacją Prawo Międzynarodowe Biznesu).